"Kill Your Darlings" to jeden z tych filmów, które pozostawiają po sobie niedosyt i poczucie pustki. Jakby tego było mało, twórcy na samym końcu przypominają odbiorcom, iż jest to opowieść oparta na faktach, na tym, jak potoczyły się losy ludzi, którzy swoją twórczością przeszli do historii i wpływali na świat im współczesny i na przyszłość. Zakończenie sprawiło, że siedziałam wyprostowana na fotelu z szeroko otwartymi ustami i spiętymi mięśniami. W tamtym momencie jednak nie przejmowałam się, że wyglądam, jakbym zobaczyła ducha, ponieważ moje myśli wirowały jak szalone, próbując poskładać do kupy motywacje kierujące bohaterami, a emocje rozpierały mnie, jakbym miała w sobie tykającą bombę, gotową do wybuchu. Moje uczucia zostały brutalnie zgniecione i podeptane, choć nie można stwierdzić, że zakończenie filmu było jednoznacznie złe lub dobre.
Wspaniali, złożeni bohaterowie zostali zagrani bezbłędnie. Daniel Radcliffe jako Allen - odrobinę zagubiony chłopak, z początku dosyć bezbarwny, lecz przemieniający się w pewnego siebie i walczącego o to, w co wierzy mężczyznę. Wzbudza sympatię i nie sprawia, że postać przez niego grana jest mdła czy nużąca. Kojarzony z pewnej czarodziejskiej serii filmów, nie powiela schematów i tworzy zupełnie nowego bohatera, tak że widzowi nawet przez myśl nie przejdzie, że skądś mu się kojarzy ta mimika czy gesty.
Dane DeHaan w roli Luciena był dla mnie prawdziwą zagadką. Miał przed sobą naprawdę trudne zadanie, wcielając się w tę złożoną postać w taki sposób, by zachować naturalność. I udało mu się. Carr jako motor całej akcji, ze swoimi nowatorskimi pomysłami i dążeniami, brakiem pokory, wiarą w to, co robi, ale też strachem i trudnością w radzeniu sobie z emocjami oraz przeszłością, stał się kimś, kto przepełnił całą historię. Skomplikowany charakter i trudna przeszłość tego bohatera powodowała, że momentami musiałam zatrzymywać film, by przemyśleć sobie jego zachowanie, kierujące nim uczucia i pobudki. I mimo że bywały sytuacje, w których mnie irytował, to jednak wzbudził we mnie ogromną sympatię i współczucie. Kibicowałam mu do końca, pragnęłam dla niego jak najlepiej, ponieważ Dane DeHaan skradł moje serce, wcielając się w tę postać.
Urzekł mnie klimat tego filmu. Odrobinę eteryczny, przepełniony papierosowym dymem, odcieniami brązu, aksamitnymi głosami jazzowych wokalistek, delikatnymi brzmieniami pianina, przeplatanymi z szybszymi rytmami i momentami napięcia. Ta atmosfera udzieliła mi się już w pierwszych minutach filmu i nie pozwoliła się od niego oderwać.
Akcja była bardzo wyważona - początkowo posuwała do przodu powoli i spokojnie, bez jakiegoś wyraźniejszego dążenia do punktu kulminacyjnego, lecz po przełomowym wydarzeniu, zaczęła się zagęszczać i wciągać widza jeszcze głębiej w cała historię (o ile to możliwe). Do samiutkiego zakończenia nie można było się domyślić, jak to właściwie się skończy..
W opisie filmu na filmwebie największą uwagę zwrócono na zabójstwo i powiązania z nim bohaterów, lecz, według mnie, nie o tym była ta opowieść. Faktem jest, że morderstwo się tam dokonało, a następnym to, że było ono przełomem i ważnym wydarzeniem, jednak, moim zdaniem, opowiedziana została tam historia miłości (nie do końca takiej, do jakiej zostaliśmy przyzwyczajeni w komediach romantycznych), odkrywania siebie, dążenia do swoich celów, a także przyjaźni, wielkich ambicji, przezwyciężania trudności i tego, jaki wielki wpływ może mieć przeszłość na życie teraźniejsze.
"Kill Your Darlings" to bardzo poruszający i wielowymiarowy film. Pozostawił mnie z wieloma przemyśleniami i interpretacjami. Poruszono w nim poważne kwestie, lecz zrobiono to w taki sposób, że nie stał się nazbyt melodramatyczny. Poza świetną fabułą i tematyką, strona wizualna była również przecudowna. Kolorystyka, dobór aktorów, stroje, wnętrza, postaci, muzyka... To wszystko tak doskonale się komponowało, że zostałam dosłownie wessana do tamtej rzeczywistości i kompletnie nie miałam ochoty się z niej wydostawać.
Jestem pewna, że jest to dzieło godne polecenia. Nie żałuję ani jednej sekundy przemyśleń i nostalgii, które u mnie wywołał. Warto go obejrzeć, serdecznie zachęcam.
Ocena: 10/10

