Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

wtorek, 3 maja 2016

"Kill your darlings" ("Na śmierć i życie")

Lucien Carr wywrócił świat Allena Ginsberga do góry nogami. Dosłownie. Przekroczywszy progi uniwersytetu, Allen spotyka odrobinę starszego od siebie studenta w szkolnej bibliotece. W miejscu ograniczanym ze wszech stron tradycją i zasadami styka się z kimś, kto ma z nimi bardzo mało wspólnego. Zaintrygowany Lucienem od pierwszych chwil, Allen podąża za nim, pozwalając się wprowadzić w świat jazzu, narkotyków, alkoholu, poezji i wolności. Nowo poznani ludzie wskazują mu kierunek do przekraczania kolejnych granic i łamania reguł. Próby wyzwolenia twórczości poetyckiej ze sztywnych ram doprowadzają grupę mężczyzn do sytuacji, której żaden z nich się nie spodziewał.

"Kill Your Darlings" to jeden z tych filmów, które pozostawiają po sobie niedosyt i poczucie pustki. Jakby tego było mało, twórcy na samym końcu przypominają odbiorcom, iż jest to opowieść oparta na faktach, na tym, jak potoczyły się losy ludzi, którzy swoją twórczością przeszli do historii i wpływali na świat im współczesny i na przyszłość. Zakończenie sprawiło, że siedziałam wyprostowana na fotelu z szeroko otwartymi ustami i spiętymi mięśniami. W tamtym momencie jednak nie przejmowałam się, że wyglądam, jakbym zobaczyła ducha, ponieważ moje myśli wirowały jak szalone, próbując poskładać do kupy motywacje kierujące bohaterami, a emocje rozpierały mnie, jakbym miała w sobie tykającą bombę, gotową do wybuchu. Moje uczucia zostały brutalnie zgniecione i podeptane, choć nie można stwierdzić, że zakończenie filmu było jednoznacznie złe lub dobre.

Wspaniali, złożeni bohaterowie zostali zagrani bezbłędnie. Daniel Radcliffe jako Allen - odrobinę zagubiony chłopak, z początku dosyć bezbarwny, lecz przemieniający się w pewnego siebie i walczącego o to, w co wierzy mężczyznę. Wzbudza sympatię i nie sprawia, że postać przez niego grana jest mdła czy nużąca. Kojarzony z pewnej czarodziejskiej serii filmów, nie powiela schematów i tworzy zupełnie nowego bohatera, tak że widzowi nawet przez myśl nie przejdzie, że skądś mu się kojarzy ta mimika czy gesty.
Dane DeHaan w roli Luciena był dla mnie prawdziwą zagadką. Miał przed sobą naprawdę trudne zadanie, wcielając się w tę złożoną postać w taki sposób, by zachować naturalność. I udało mu się. Carr jako motor całej akcji, ze swoimi nowatorskimi pomysłami i dążeniami, brakiem pokory, wiarą w to, co robi, ale też strachem i trudnością w radzeniu sobie z emocjami oraz przeszłością, stał się kimś, kto przepełnił całą historię. Skomplikowany charakter i trudna przeszłość tego bohatera powodowała, że momentami musiałam zatrzymywać film, by przemyśleć sobie jego zachowanie, kierujące nim uczucia i pobudki. I mimo że bywały sytuacje, w których mnie irytował, to jednak wzbudził we mnie ogromną sympatię i współczucie. Kibicowałam mu do końca, pragnęłam dla niego jak najlepiej, ponieważ Dane DeHaan skradł moje serce, wcielając się w tę postać.
Urzekł mnie klimat tego filmu. Odrobinę eteryczny, przepełniony papierosowym dymem, odcieniami brązu, aksamitnymi głosami jazzowych wokalistek, delikatnymi brzmieniami pianina, przeplatanymi z szybszymi rytmami i momentami napięcia. Ta atmosfera udzieliła mi się już w pierwszych minutach filmu i nie pozwoliła się od niego oderwać.
Akcja była bardzo wyważona - początkowo posuwała do przodu powoli i spokojnie, bez jakiegoś wyraźniejszego dążenia do punktu kulminacyjnego, lecz po przełomowym wydarzeniu, zaczęła się zagęszczać i wciągać widza jeszcze głębiej w cała historię (o ile to możliwe). Do samiutkiego zakończenia nie można było się domyślić, jak to właściwie się skończy..
W opisie filmu na filmwebie największą uwagę zwrócono na zabójstwo i powiązania z nim bohaterów, lecz, według mnie, nie o tym była ta opowieść. Faktem jest, że morderstwo się tam dokonało, a następnym to, że było ono przełomem i ważnym wydarzeniem, jednak, moim zdaniem, opowiedziana została tam historia miłości (nie do końca takiej, do jakiej zostaliśmy przyzwyczajeni w komediach romantycznych), odkrywania siebie, dążenia do swoich celów, a także przyjaźni, wielkich ambicji, przezwyciężania trudności i tego, jaki wielki wpływ może mieć przeszłość na życie teraźniejsze.

"Kill Your Darlings" to bardzo poruszający i wielowymiarowy film. Pozostawił mnie z wieloma przemyśleniami i interpretacjami. Poruszono w nim poważne kwestie, lecz zrobiono to w taki sposób, że nie stał się nazbyt melodramatyczny. Poza świetną fabułą i tematyką, strona wizualna była również przecudowna. Kolorystyka, dobór aktorów, stroje, wnętrza, postaci, muzyka... To wszystko tak doskonale się komponowało, że zostałam dosłownie wessana do tamtej rzeczywistości i kompletnie nie miałam ochoty się z niej wydostawać.
Jestem pewna, że jest to dzieło godne polecenia. Nie żałuję ani jednej sekundy przemyśleń i nostalgii, które u mnie wywołał. Warto go obejrzeć, serdecznie zachęcam.

Ocena: 10/10


poniedziałek, 14 marca 2016

Zazdrość, Gregg Olsen

  


  
W małym miasteczku w dziwnych okolicznościach umiera młoda dziewczyna. Została porażona przez prąd, kiedy podczas kąpieli do jej wanny wpadł ekspres do kawy. Bliźniaczki Taylor i Hayley, jej sąsiadki i dawne przyjaciółki nie zgadzają się z policją twierdzącą, że był to wypadek. Postanawiają na własną rękę dojść do prawdy, która okazuje się być znacznie bardziej złożona, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. 

     "Zazdrość" poleciła mi koleżanka. Wepchnęła mi ją w ręce, mówiąc: "Czytaj, bo fajna". I miała rację. Choć leżała (książka, nie koleżanka) na mojej półce bardzo długo (rok? półtora?), to gdy w końcu się za nią zabrałam, byłam bardzo zadowolona z tego posunięcia. 

     Styl autora był tak lekki i przyjemny, że pochłonęłam całość w kilka dni. Akcja rozwija się spokojnie. Fakt, pod koniec dosyć przyspiesza, ale raczej nie jest to książka, którą czyta się z zapartym tchem i otwartymi ustami, przerzucając strony w oczekiwaniu na zakończenie. O dziwo, nie można tego uznać za wadę, ponieważ sposób, w jaki została napisana, naprawdę bardzo mocno rekompensuje wiele niedociągnięć i wad, i jest jedną z najważniejszych przyczyn, dla których nie wyrzuciłam jej za okno. Na co miałam ochotę kilka razy. 

     Po pierwsze, nie podobały mi się wplecione w całość zdolności paranormalne (coś w rodzaju czytania w myślach. Nie chcę zdradzać więcej). Miałam wrażenie, że autor miał pomysł na wątek dotyczący zbrodni i jej przyczyn, ale nie wiedział jak wprowadzić w to czytelnika i samych bohaterów dociekających prawdy, więc postanowił dać im pewne umiejętności, które w bardzo łatwy, niewymagający wysiłku i myślenia, sposób odpowiedzą im na stawiane pytania. A przecież można było to rozegrać w o wiele bardziej ciekawy i uzasadniony sposób, a nie iść na łatwiznę. Takie posunięcia to jedna z rzeczy, których najbardziej nie lubię w książkach - wyciąganie ni stąd, ni z owąd, jak asa z rękawa w złym (najczęściej zbyt późnym) momencie gry, nadnaturalnych zdolności jakiegoś bohatera. I o ile czasem coś takiego się sprawdza i nadaje książce uroku i jest jej wielkim plusem, tutaj jednak wszystko to było lekko naciągane. Wątek bliźniaczek i całego tego wypadku. No cóż, zgrzytało mi to. 

     Druga rzecz. Przewidywalność. To, że jakaś sytuacja się zdarzy, było czasem tak oczywiste, że miałam ochotę zacząć odliczać strony do tego wydarzenia. Ok, może trochę przesadzam, bo były momenty, które autentycznie mnie zaskoczyły i spowodowały, że musiałam przeczytać fragment tekstu ponownie, by się upewnić, czy to mi się oby na pewno nie przywidziało. Nie zmienia to jednak faktu, że część z nich zdecydowanie do takich nie należała. 

     Bohaterowie wyszli autorowi całkiem udani. Moira - dociekająca prawdy dziennikarka - mogłaby się na pierwszy rzut oka wydawać bardzo irytująca, mnie jednak przypadła do gustu i, w sumie, nawet jej kibicowałam i byłam bardzo ciekawa, w jaki sposób zostanie wykorzystany jej wątek. Larsenowie - bardzo, bardzo, bardzo ciekawa rodzina. Naprawdę. Tak jak czerń kontrastuje z bielą, tak kontrastowały ze sobą charaktery jej członków. Niepewny siebie Teagan i królowa liceum, Starla. Ich matka, mściwa, wydawać by się mogło, że egoistyczna, ale tak naprawdę kochająca swoje dzieci, chociaż może trochę źle to okazująca i nie traktująca ich odpowiednio. Jedynie główne bohaterki czasem mnie irytowały, choć i tak nie zdarzało się to aż tak często, jak bym się tego mogła spodziewać po zżytych ze sobą, kochających się wielką, cudowną, wspaniałą miłością i rozumiejących się bez słów bliźniaczkach. Ogólnie: charaktery postaci są bardzo zaskakujące i wiele z nich okazuje się wcale nie być takimi, za jakie były uważane na początku

     Jeszcze jednym plusem jest tematyka tej książki. Porusza problemy, które ostatnio mają miejsce coraz częściej. Czasem mamy z nimi do czynienia na co dzień, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Coś, nad czym wiele osób się nie zastanawia, dla innych jest ogromną tragedią, która dotyka ich niemalże każdego dnia i przemienia ich życie w koszmar. Dla jednej osoby może to być błaha sprawa, a dla innej powodem problemów psychicznych. Mówi o tym sam autor w krótkim dopisku na końcu książki, w którym informuje także o tym, że została ona zainspirowana prawdziwą historią. To naprawdę smutne, że ludzie mogą być tak bardzo nieświadomi tego, że niszczą czyjeś życie rzeczą, która z ich punktu widzenia jest tylko błahostką, drobną docinką, żartem, nauczką.

     Podsumowując: urzekł mnie styl autora, dobre wyważenie opisów i akcji, bohaterowie, którzy zaskakiwali i dodawali książce smaku oraz zmuszająca do przemyśleń tematyka. Niestety, pan Olsen, wydaje się, nie do końca dopracował swoje dzieło, gdyż jest ono odrobinę zbyt przewidywalne i proste (?). Miałam wrażenie, że czegoś tam brakowało, jakby autor tak bardzo zachłysnął się swoim dosyć ciekawym pomysłem na kryminał, że nie pomyślał już o tym, że pomiędzy wstępem a punktem kulminacyjnym przydałyby się jakieś perypetie i urozmaicenia, które oprócz oddziaływania na akcję, są też przemyślane i ciekawe. 

     Lecz należy przyznać, że mimo tych potknięć, powieść tę należy uznać za dobrą. Czasu przy niej spędzonego zdecydowanie nie nazwałabym straconym, ponieważ dobrze się bawiłam, czytając ją. Nie jest to wybitnie rozwijająca literatura, ale mimo to wywołuje u czytelnika poważniejsze przemyślenia. A poza tym przez tę książkę się dosłownie płynie, więc można ją uznać za odstresowującą.

     Ach, teraz mi się na koniec przypomniało, że miałam jeszcze napisać, iż sposób, w jaki "Zazdrość" została napisana, skojarzyła mi się z Kingiem. Sama nie wiem do końca dlaczego, bo Gregg Olsen ma znacznie lżejszy styl pisania (książki pana Stephena zwykle nie podobają mi się jakoś wybitnie mocno), ale bardzo często podczas czytania miałam takie przebłyski: "O, coś takiego pamiętam od Kinga" lub "Hej, King przedstawiłby to bardzo podobnie". Pewnie to tylko moje wrażenie.

Ocena: 7/10

niedziela, 13 marca 2016

Co ja tu robię?

     Kilka ostatnich miesięcy było dla mnie czasem nauki i zmusiło mnie do porzucenia książek oraz wszelkich innych przyjemności. Teraz, kiedy wreszcie mam chwilę, by odetchnąć, mogę bez wyrzutów sumienia robić to, co sprawia mi ogromną satysfakcję, czyli między innymi czytać, oglądać i pisać. 
     Skończywszy pierwszą powieść po tak długiej przerwie, poczułam ogromny natłok myśli i potrzebę, by je gdzieś uwolnić. Dlatego właśnie powstało to miejsce. Atlas myśli. Zakątek, w którym będę mogła ubrać w słowa to, co siedzi mi w głowie i być może kiedyś skonfrontować ze zdaniem innych. 
     Nie wiem, jak to wyjdzie. Mam słomiany zapał i bardzo nikłe umiejętności pisarskie, ale żywię nadzieję, że tym razem uda mi się stworzyć coś, co przetrwa dłużej niż za każdym poprzednim razem, kiedy miałam zamiar regularnie publikować recenzje.